środa, 8 czerwca 2016

Zakłamana propozycja pojednania

Zakłamana propozycja pojednania

Młynów-pomnik Bandery.jpg


Perspektywa ustanowienia przez polski Sejm 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Męczeństwa i Ludobójstwa Kresowian po raz kolejny poważnie zaniepokoiła ukraińskich epigonów OUN-UPA oraz ich polskich admiratorów.
Najpierw Andrij Parubij – wielce zasłużony dla odrodzenia ideologii banderowskiej na Ukrainie przewodniczący Werchownej Rady – oraz prezes ukraińskiego IPN i negacjonista wołyński Wołodymyr Wiatrowycz wywierali naciski na delegację polskich parlamentarzystów w Kijowie, by Sejm ustanowił Dniem Pamięci ofiar zbrodni OUN-UPA 17 września zamiast 11 lipca, a najlepiej całkowicie zaniechał upamiętniania tych ofiar. Następnie Jan Piekło – świeżo mianowany ambasador Polski na Ukrainie, znany zresztą ze swojego skrajnie proukraińskiego stanowiska – stwierdził, że „tematami historycznymi powinni zajmować się historycy, bo jest tam wiele niejasności”. A zatem po raz kolejny opowiedział się zdecydowanie za usunięciem kwestii ludobójstwa OUN-UPA na Polakach z obszaru spraw kluczowych w stosunkach polsko-ukraińskich.


Za priorytety, które chciałby realizować jako ambasador Piekło uznał: uruchomienie „linii kredytowej” w wysokości 1 mld i 100 mln euro, które obiecał Ukrainie prezydent A. Duda, działanie na rzecz przedłużenia sankcji UE wobec Rosji, wspieranie utworzenia brygady litewsko-polsko-ukraińskiej (LITPOLUKRBRIG), liberalizację reżimu wizowego dla Ukraińców, wspieranie ukraińskiej emigracji zarobkowej do Polski oraz wspieranie tworzenia „bloku państw od Morza Bałtyckiego do Czarnego” (tzw. idea Międzymorza).
Mało kto wie, że Jan Piekło zanim został prominentną postacią lobby ukraińskiego w Polsce, jako dyrektor Fundacji Współpracy Polsko-Ukraińskiej PAUCI, był w latach 1991-1997 tzw. korespondentem-freelancerem w Jugosławii – zaangażowanym w tworzenie negatywnego wobec Serbów obrazu trwającego tam wówczas konfliktu. Następnie wspierał dialog żydowsko-chrześcijański jako redaktor poświęconego tej tematyce dziennika „Forum” oraz uczył młodych Polaków tolerancji dla mniejszości narodowych jako koordynator polsko-amerykańskiego projektu „Mosty tolerancji”.
Z jego dawniejszych i obecnych wypowiedzi wynika, że jako ambasador Polski w Kijowie zamierza wspierać ukraińską rację stanu i reprezentować interesy tych sił międzynarodowych, które stoją za przewrotem politycznym na Ukrainie z 2014 roku. Trudno o lepszy dowód na to, że współczesna Polska jest w polityce międzynarodowej przedmiotem, a nie podmiotem oraz, że to co określa się mianem „polskiej polityki wschodniej”, „idei Międzymorza” lub „polityki jagiellońskiej” jest w istocie funkcją polityki amerykańskiej i niemieckiej.

Fakty te zapewne legły u podłoża kolejnego posunięcia ukraińskiego wymierzonego w próby upamiętnienia na szczeblu politycznym w Polsce ludobójczych zbrodni OUN-UPA. Oto bowiem na początku czerwca został upubliczniony „Otwarty apel do przywódców Państwa Polskiego oraz duchownych i kulturalnych działaczy społeczeństwa polskiego”. Pod dokumentem tym podpisali się Leonid Krawczuk – w latach 1988-1990 II sekretarz KC Komunistycznej Partii Ukrainy, a w latach 1991-1994 prezydent Ukrainy, Wiktor Juszczenko – prezydent Ukrainy w latach 2005-2010, który najbardziej przed Majdanem zasłynął z krzewienia kultu OUN-UPA na Ukrainie (m.in. pośmiertne nadanie tytułu Bohatera Ukrainy Stepanowi Banderze i Romanowi Szuchewyczowi, uznanie ukraińskiego „Mein Kampf”, czyli książki „Nacjonalizm” Dmytro Doncowa, za podręcznik akademicki), Danyło Łubkiwskij – bliski współpracownik Juszczenki, od 2014 roku wiceminister spraw zagranicznych Ukrainy, a także znani z sympatii do nacjonalizmu ukraińskiego hierarchowie: Filaret – zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego oraz Światosław Szewczuk – najwyższy arcybiskup Ukraińskiego Kościoła Grekokatolickiego. Ponadto wśród sygnatariuszy znaleźli się naukowcy i intelektualiści o orientacji nacjonalistycznej, związani m.in. z Narodowym Uniwersytetem „Akademia Kijowsko-Mohylańska” i ukraińskim IPN (głównymi ośrodkami intelektualnymi renesansu banderowskiego): Wiaczesław Briuchoweckij, Iwan Dziuba, Ihor Juchnowskij, Wołodymyr Panczenko, Dmytro Pawłyczko, Myrosław Popowycz, Wadim Skuratiwskij i Iwan Wasiunyk.
Autorzy „Otwartego apelu” przyjęli konwencję historycznego listu biskupów polskich do niemieckich, gdzie padły słowa „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Polscy biskupi pisali to jednak w 1965 roku z pozycji narodu polskiego jako ofiary zbrodni niemieckich. W „Otwartym apelu” mamy natomiast odwróconą perspektywę. To kat pisze do ofiary i przebacza, ale komu i co?

Czytamy bowiem oto: „W historii stosunków wzajemnych Ukraińców i Polaków jest wiele zarówno kart jednoczących nas jak braci, jak i krwawych. Wśród nich epizodem szczególnie bolesnym i dla Ukrainy, i dla Polski pozostaje tragedia Wołynia i polsko-ukraińskiego konfliktu lat drugiej wojny światowej, w wyniku którego zginęły tysiące niewinnych braci i sióstr”. Autorzy tych słów używają propagandowych – przyjmowanych przez neobanderowców – a sprzecznych z prawdą historyczną określeń „tragedia Wołynia” i „polsko-ukraiński konflikt”. Jedyne właściwe w tym miejscu sformułowanie – ludobójstwo – nie pada. Nie ma nawet eufemizmu „czystka etniczna o znamionach ludobójstwa”, popularnego w kręgach polskich wybielaczy OUN-UPA. Nazywanie tego, co stało się za przyczyną OUN i UPA oraz galicyjskiej dywizji Waffen-SS „konfliktem polsko-ukraińskim” jest straszliwą i cyniczną perfidią. To tak jakby Holokaust nazwać „konfliktem niemiecko-żydowskim”.

„Prosimy o wybaczenie za popełnione zbrodnie i krzywdy – to nasz główny motyw. Prosimy o wybaczenie i tak samo przebaczamy zbrodnie i krzywdy uczynione nam” – piszą sygnatariusze „Otwartego apelu”. Te krzywdy, które łaskawie wybaczają Polakom, to polska samoobrona w Przebrażu i operacja „Wisła”. Że położenie tego na jednej szali z ludobójstwem wołyńsko-małopolskim jest zachwianiem wszelkich zdroworozsądkowych proporcji – nie widzą. Dlatego nie widzą, ponieważ reprezentują neobanderowską wizję historii, którą najpełniej wyrazili w zacytowanym powyżej fragmencie.
Sygnatariusze dokumentu w interpretacji historii posuwają się wręcz do stylu fantasy. Piszą bowiem: „Największym złem w naszych stosunkach była nierówność, wynikająca z braku państwa ukraińskiego. Katastrofa ukraińskiej państwowości prowadziła do ruiny państwowość polską”. O co tutaj chodzi, doprawdy trudno zgadnąć.

Szybko jednak przechodzą do konkretów i pouczają: „Polska myśl winna w pełnej mierze uznać samodzielność bytu ukraińskiej tradycji narodowej jako sprawiedliwą i godną szacunku walkę o własną państwowość i niepodległość”. Ta godna szacunku i sprawiedliwa tradycja narodowej walki o państwowość ukraińską to oczywiście tradycja OUN i UPA. To tę tradycję powinni uznać Polacy. W czasie, gdy pan Juszczenko i inni pisali te słowa w miasteczku Młynów w obwodzie rówieńskim odsłonięto kolejny na Wołyniu pomnik Stepana Bandery. Kosztował 200 000 hrywien [na zdjęciu, za kresy.pl].
Pomniki Bandery na Wołyniu i w Galicji Wschodniej stawia się już nie w miastach – gdzie od dawna stoją – ale we wsiach. To jest dla sygnatariuszy „apelu” normalne, tak jak i ustawodawstwo z 9 kwietnia 2015 roku wprowadzające państwowy kult OUN-UPA. I to ich zdaniem powinna zaakceptować strona polska.
Zanim ujawnili najważniejszą intencję, sygnatariusze „apelu” nie omieszkali postraszyć Polaków Rosją w stylu preferowanym także przez swoich polskich adherentów, np. z „Gazety Polskiej”. Piszą:
„Współczesna wojna Rosji przeciwko Ukrainie jeszcze bardziej zbliżyła nasze narody. Walcząc przeciwko Ukrainie, Moskwa prowadzi również ofensywę przeciwko Polsce i całemu wolnemu światu”.
W tym fragmencie mamy trzy nieprawdy: że Rosja prowadzi wojnę przeciwko Ukrainie, że prowadzi ofensywę przeciwko Polsce i przeciwko całemu światu.

Cały swój „apel” jego sygnatariusze napisali dla następującego fragmentu, poprzedzonego ostrzeżeniem przed „mową nienawiści i wrogości” oraz wykorzystywaniem „wspólnego bólu do politycznych rozrachunków”: „Wzywamy naszych sojuszników, polskie władze państwowe i parlamentarzystów, aby nie przyjmowali jakichkolwiek niewyważonych deklaracji politycznych, które nie ukoją bólu i jedynie przysporzą korzyści naszym wspólnym wrogom”. Jest to wezwanie do tego, by polski Sejm nie ustanawiał 11 lipca jako Narodowego Dnia Pamięci Męczeństwa i Ludobójstwa Kresowian. Po to i tylko po to pan Juszczenko, który tym samym po wielu latach wyszedł z politycznego niebytu, oraz jego wspólnicy napisali „Otwarty apel”.
Wezwanie to nosi znamiona szantażu, co wynika z następnego akapitu: „W przeddzień uroczystości rocznicowych, które w lipcu odbędą się w obu państwach, wzywamy do powrotu do tradycji wspólnych apeli parlamentarnych, które nas nie dzieliły, lecz łączyły w pokucie i wybaczeniu. Kierując się duchem braterstwa wzywamy razem do ustanowienia wspólnego Dnia Pamięci Ofiar Naszej Przeszłości i Wiary w Niepowtórzenie się Zła”. Nie mam wątpliwości, że ten Dzień Pamięci ofiar „konfliktu polsko-ukraińskiego” będzie przede wszystkim dniem pamięci ofiar operacji „Wisła”. Czczenie na Ukrainie ofiar zbrodni OUN-UPA byłoby bowiem sprzeczne z ustawodawstwem z 9 kwietnia 2015 roku, które przewiduje sankcje karne za okazywanie „lekceważącego stosunku” wobec OUN i UPA, czyli przypominanie zbrodniczego i faszystowskiego charakteru tych organizacji. Nie mówiąc już o tym, że pod zdobiącymi wołyńską i galicyjską ziemię pomnikami Bandery i Szuchewycza nie ma na to po prostu miejsca.
Dokument sygnowany przez byłych prezydentów Krawczuka i Juszczenkę, kościelnych hierarchów i nacjonalistycznych intelektualistów stanowi zakłamaną propozycję pojednania. Nie tyle pojednania, co anty-pojednania. Dowodzi on, że elity polityczne i intelektualne najpierw „pomarańczowej”, a teraz pomajdanowej Ukrainy nie były i nie są zdolne do jakiejkolwiek refleksji krytycznej nad historią tzw. integralnego nacjonalizmu ukraińskiego. Nie są zdolne do ekspiacji za jego zbrodnie i nie chcą tego. Tworzą fałszywy, urągający faktom historycznym, mit OUN-UPA i dywizji Waffen-SS „Galizien” jako rzekomych formacji narodowowyzwoleńczych. Na tym kłamstwie chcą budować teraźniejszość i przyszłość swojego narodu oraz kształtować jego świadomość.

Niezdolność pomajdanowej Ukrainy do rozliczenia się z przeszłością ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego skonstatował niedawno Jan Piekło. Wcześniej zrobił to m.in. Kazimierz Wóycicki. Obaj uznali, że Polska powinna przejść nad tym do porządku dziennego i nie tylko nie domagać się od Ukrainy takich rozliczeń, ale nawet zaakceptować ukraiński punkt widzenia w kwestii OUN i UPA. Oczywiście w imię wyższej racji powstrzymywania mitycznego już „zagrożenia” ze strony Rosji.
Gdyby Polska była krajem normalnym, tzn. posiadającym identyfikujące się z narodem i jego historią elity polityczne, które prowadziłyby suwerenną politykę, to „Otwarty apel” Krawczuka, Juszczenki et consortes zostałby potraktowany jako przejaw folkloru intelektualnego i politycznego. Jednakże w związku z tym, że Polska krajem normalnym nie jest, kuriozalny manifest popleczników nacjonalizmu ukraińskiego zostanie potraktowany nad Wisłą poważnie i najprawdopodobniej pociągnie za sobą negatywne skutki dla właściwego upamiętnienia ofiar zbrodni OUN-UPA oraz środowisk upominających się o pamięć i prawdę historyczną. Niektórzy nawet tym apelem bardzo się przejmą, traktując go jako kamień węgielny idei Międzymorza, a krytyków stygmatyzując jako „rosyjską agenturę”.

Bohdan Piętka

Źródło 
http://www.mysl-polska.pl/911

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz