sobota, 25 czerwca 2016

POCZET BANDEROWCÓW III RZECZPOSPOLITEJ



POCZET BANDEROWCÓW III RZECZPOSPOLITEJ

Czy wyobrażacie sobie Państwo Polaków, którzy twierdzą, że w ramach „strategicznej
współpracy z sąsiadem” powinniśmy zaakceptować pomniki Heinricha Himmlera, Ericha von dem Bacha-Zelewskiego i SS Dirlewanger stawiane w Niemczech? W końcu wszyscy oni walczyli z Sowietami i Rosją.



Jeżeli z oburzeniem przyznamy, że to niemożliwe – zastanówmy się, dlaczego w takim razie akceptujemy wpływ na polski dyskurs publiczny Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, Agnieszki Romaszewskiej, Pawła Kowala, Tomasza Sakiewicza i jego stajni, czy Jana Piekło (nowo mianowany ambasador RP w Kijowie, wcześniej „ambasador” Ukrainy w Polsce) oraz wszystkich im podobnych, którzy uważają i głoszą
(a właściwie dyktują i narzucają), że Ukraińcy mają prawo do swojej wrażliwości historycznej i wynikającego z niej stawiania pomników Szuchewyczowi, Banderze i UPA? Czym się różnią, w czym są gorsze ofiary ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu, Podolu i w Małopolsce wschodniej od ofiar Auschwitz i rzezi Woli urządzonej przez faszystów niemieckich?
W czasie pierwszego (i jak się okazało – jedynego) Festiwalu Piosenki Prawdziwej „Zakazane Piosenki”, zorganizowanego w 1981 roku w gdyńskiej hali Oliwii, wybrzmiała taka zwrotka bardzo popularnej wówczas ballady:


„Niech się gazeta „Neues Deutschland” / Wstrzyma ze wstępniakiem o pomocy / Bo tu są ludzie, którzy jeszcze / Budzą się z krzykiem w środku nocy...”

Aż chciałoby się dzisiaj zawyć, zawarczeć: „Niech się Gazeta Polska /
Wstrzyma ze wstępniakiem o pomocy / Bo tu są ludzie, którzy jeszcze / Budzą się z krzykiem w środku nocy...”

Przyznaję, tytuł „Poczet banderowców III Rzeczpospolitej” jest raczej efekciarski niż merytoryczny, bo nie chodzi o banderowców in extenso – tylko o publicystów, polityków i tzw. ekspertów, którzy dają przyzwolenie na bezkarną recydywę neobanderyzmu na współczesnej Ukrainie. To ludzie „pokąsani Giedroyciem”. Można też o nich powiedzieć, używając innego bon motu: bardziej nienawidzą Rosji, niż kochają Polskę. Albo:chcą leczyć dżumę syfilisem. W każdym razie lepiej im kury szczać prowadzić niż
politykę (wschodnią) robić. Pokąsani Giedrojciem A skoro w ostatnim bon mocie użyliśmy słów Józefa Piłsudskiego – to właśnie Marszałek stoi gdzieś w tle poglądów tych publicystów, ekspertów, polityków. A właściwie Piłsudski „przepuszczony” i „przetrawiony” przez Jerzego Giedroycia. Tyle że jest to już anachroniczne, jak nieme filmy z Eugeniuszem Bodo. „Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy” – przyznać trzeba, że to brzmi dobrze i wiarygodnie. Tyle że Piłsudski formułował tę tezę, kiedy Ukraińcy zostali wyparci ze Lwowa, kiedy odzyskaliśmy Wilno i zajmowaliśmy Kijów, aby tam „zainstalować” ukraiński sojuszniczy rząd na czele z Semenem Petlurą. Nawet Giedroycia można zrozumieć – twierdził tak, kiedy Ukraina nie istniała, a Polska znajdowała się pod sowieckim zaborem, chociaż formalnie zachowywała odrębną państwowość i posiadała marionetkowy rząd. Natomiast dzisiaj – za wschodnią granicę mamy Ukrainę, na której odżył antypolski z natury rzeczy nacjonalizm. Tak, tak – antypolski w pierwszym rzędzie, a nie antysowiecki, czy antyrosyjski. 

Do tego negacjonizm wołyński i brak poszanowania praw polskiej mniejszości. Brak w tym tekście miejsca na omówienie pól sporu ze współczesną Ukrainą, warto jednak odnotować celną opinię Rafała A. Ziemkiewicza – kalkulując chłodno, to zwarcie ukraińsko-rosyjskie w Donbasie leży w interesie polskim, ponieważ angażuje dwa nieprzyjazne nam państwa w konflikt rozgrywający się w bezpiecznej odległości od naszych granic. Inna sprawa, że konflikt w Donbasie jest również na rękę rządowi w Kijowie, bo – strywializujmy – pozwala pod jego pozorem chachmęcić wsparcie od Unii Europejskiej i siłą rzeczy Polski, która na tym polu jest najbardziej wyrywna. Spróbujmy ułożyć poczet banderowców III Rzeczpospolitej – tych wciąż aktywnych, bo zaczynało się przecież od Jacka Kuronia, który we Lwowie deklarował, że jako Polak urodzony we Lwowie cieszy się, że Lwów jest ukraińskim miastem. Zastrzeżmy jednak, że nie chodzi o banderowców, czy negacjonistów wołyńskich par excellence – chociaż takich również mamy; rekrutują się spośród mniejszości ukraińskiej – dość wspomnieć Mirona Sycza (do niedawna posła Platformy Obywatelskiej), czy Piotra Tymę. Do tego „banderowcy” z importu, kręcący się wokół różnych „twów” w Warszawie, czy otwartych dialogów. Chodzi o polskich polityków, ekspertów i publicystów, uważających, że w imię „strategicznej współpracy”, „pojednania” i „powstrzymywania Rosji” powinniśmy zaakceptować neonacjonalizm i kult UPA jako mit państwotwórczy współczesnej Ukrainy. To po prostu pożyteczni idioci Ukrainy! A z polskiego punktu widzenia – idioci bardzo szkodliwi, tacy, którzy zamiast pożar gasić wodą, to doleją benzyny i mówią, że fajnie, bo może Rosjan poparzy.


Recydywa integralnego nacjonalizmu


Im właśnie zawdzięczamy, że Polska w polityce wschodniej straciła ćwierć wieku i straty są już praktycznie nie do odrobienia. Odrodzenie integralnego nacjonalizmu ukraińskiego stało się faktem, a nacjonalizm taki – od czasu jego twórcy Dmytro Doncowa miał przede wszystkim antypolski charakter. Dzisiaj książki Dmytro Doncowa są na Ukrainie podręcznikami akademickimi. Wyjdę może na monotematycznego obsesjonata, ale zapytam: Jakbyśmy się odnosili do współczesnych Niemców, gdyby w ich kraju podręcznikiem dla studentów byłaby „Mein Kampf ”? A wracając do metafory pożarniczej: strażacy starają się zawsze zlokalizować ogień i nie dopuścić do jego rozprzestrzenienia się na inne zabudowania. Polskie elity postępowały zgoła inaczej: biernie pozwoliły, aby banderyzm z tzw. Ukrainy Zachodniej (de facto z przedwojennych terenów II Rzeczpospolitej) przeniósł się na Ukrainę Kijowską, a obecnie prze on jeszcze dalej – na wschód, a przecież przy odpowiedniej polityce, w Kijowie właśnie mogliśmy znaleźć politycznych sojuszników nie zainteresowanych ekspansją nacjonalizmu na cały kraj. Tymczasem jedynego prezydenta Ukrainy, który przeciwstawił się ekspansji neobanderyzmu, czyli Wiktora Janukowycza odsądziliśmy od czci i wiary jako prorosyjskiego dyktatora. Janukowycz – owszem, był prymitywnym, ograniczonym, chciwym, postkomunistycznym satrapą i złodziejem, reprezentującym interesy części ukraińskiej oligarchii. Obecnie w Kijowie mamy inteligentnych i nie ostentacyjnych w swojej chciwości graczy, szukających zaplecza i poparcia w nacjonalistach, a w rzeczywistości reprezentujących interesy... innej części ukraińskiej oligarchii. Jednak wróćmy do banderowców III RP. Można by przywołać cały ich legion, niemniej 5 nazwisk jest tu symbolicznych. Dwóch ekspertów, dwóch dziennikarzy i jeden polityk. Ale ten polityk – to szef wszystkich szefów, czyli sam Prezes.Paweł Kowal – właściwie należałoby go nazywać nie tyle polskim politykiem, ile ukraińskim lobbystą. Jako polityk przegrał – jako lobbysta wygrał i wciąż kontynuuje swoje dzieło w charakterze eksperta. Szczyt polityczny osiągnął jako członek Prawa i Sprawiedliwości, zostając m.in. wiceministrem spraw zagranicznych oraz eurodeputowanym. Na szczęście – dla Polski – okazał się w zbyt gorącej wodzie kąpany. Doszedł do wniosku, że dni chwały prezesa Jarosława Kaczyńskiego minęły bezpowrotnie i dokonał z PiS-u frondy, współzakładając kanapowe ugrupowanie Polska Jest Najważniejsza. Po bankructwie tej kanapy trafił do Polski Razem Jarosława Gowina. O dziwo, większość frondystów Prezes przyjął niczym ojciec synów marnotrawnych. Niektórym – jak Zbigniewowi Ziobrze – kazał włożyć na palec pierścień i odziać na powrót drogą szatę. Tymczasem w ostatniej chwili przed wyborami Kowalowi zablokowano możliwość startu z list PiS-u tak do Sejmu, jak do Senatu, a Gowin przełknął to gładko i bez bólu. Widać były poważne argumenty – i zapewne nie chodziło o uprawiany przez Kowala proukraiński lobbing. Czym naraził się Kowal? Próbował grać na dwa fronty i równocześnie kręcił coś z Platformą? Uwierzył, że wszędzie go potrzebują? Mniejsza o to – w każdym razie znalazł się na marginesie, z którego jednak raz po raz jako ekspert wychynie. 





Ile kosztuje powstrzymywanie Rosji?

Jaka jednak radość ze zmarginalizowania Kowala, skoro bardzo mocną pozycję posiada Przemysław Żurawski vel Grajewski – jest członkiem rady programowej Prawa i Sprawiedliwości oraz członkiem Narodowej Rady Rozwoju powołanej przez prezydenta Andrzeja Dudę. Na pierwszy rzut oka nie dałby człowiek za niego pięciu groszy. Facet nosi się jak oryginał albo postszlachetka z długimi wąsiskami (kto kpił z fizis Komorowskiego niech spojrzy na PŻG), obwiesza się zegarkiem z dewizką, wygląda jak ekscentryczny naukowiec z raczej prowincjonalnej uczelni. Tymczasem jest dziś głównym „mózgiem” Prawa i Sprawiedliwości w zakresie polityki wschodniej. Sylwetkę Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego dobrze naszkicował Aleksander Szycht – kto ciekaw, niech odszuka tekst w Internecie. Tutaj wspomnę, że to Przemysław Żurawski vel Grajewski jest autorem hasła – „powstrzymywanie Rosji kosztuje”, które poleca stosować także w odniesieniu do Litwy. Oj kosztuje – i to słono, a raczej słono-gorzko. I to zarówno w twardym pieniądzu (miliony dolarów utopione przez państwowy Orlen w rafinerii w Możejkach, kolejne darowizny dla Ukrainy zwane dla zmyłki kredytami), jak i w imponderabiliach. Gorzej, że trzeba dorzucić jeszcze wschodnim sąsiadom interesy Polaków zamieszkałych na ich terenie. Nie możemy dać sobie rady z „dwoma pikselami na mapie”, czyli z Litwą, chociaż należymy do tej samej Unii Europejskiej. W rezultacie w Puńsku litewskie nazwy mamy nie tylko na tablicach informacyjnych, ale także na znakach drogowych; w Sołecznikach za wywieszenie na prywatnym domu tabliczki z nazwą ulicy w języku polskim zasądzane są grzywny w wysokości kilku tysięcy euro (bo Litwa taka jest, kuźwa, europejska). Następującą zaś wypowiedź Żurawskiego vel Grajewskiego określić można mianem nie tyle głupiej, co haniebnej: „Niezależnie od tego, jaką politykę Litwini uprawiają w stosunku do mniejszości polskiej na Litwie, Polska musi, w zakresie bezpieczeństwa współpracować z Litwą”. Samozwańczy eksperci mają wsparcie mocno umocowanych dziennikarzy. Agnieszka Romaszewska – niegdyś niezła dziennikarka i wydawczyni Wiadomości - postanowiła poświęcić się sprawom wschodnim. Tutaj dygresja – czy w tej kwestii nie moglibyście wy, warszawiacy i żoliborzanie lub ludzie z miasta Łodzi ( jak Żurawski vel Grajewski) – choć trochę słuchać opinii tzw. środowisk kresowych? Skoroście piłsudczycy – to pamiętajcie, że Marszałek mówił, iż  „Polska jest jak obwarzanek”, a wy tymczasem ze środka tej pustki (i ignorancji) próbujecie psuć lukier.




„Dzieckiem” Romaszewskiej jest Biełsat TV – prawdziwe kuriozum. Oto kanał finansowany przez państwo polskie nie jest bynajmniej dedykowany Polakom na Białorusi, lecz białoruskiej opozycji. Nadaje nie po polsku, lecz po białorusku. Jego misją nie jest podtrzymywanie polskości na tzw. Kresach, lecz obalenie prezydenta Łukaszenki. I to w przypadku, kiedy „reżim” Łukaszenki jest o wiele mniej opresyjny wobec mniejszości polskiej na swoim terenie niż „zaprzyjaźnione” rządy w Wilnie czy władze samorządowe województwa lwowskiego. Owszem, Łukaszenka polskie organizacje „ciśnie” – ale nie dlatego, że są polskie, ale dlatego, że „ciśnie” równo wszystkich, którym zbyt wyraźnie śni się tzw. „społeczeństwo obywatelskie”. Mimo prób białorutenizacji kultury i kościoła rzymskiego – materialne zabytki kultury polskiej „reżim” Łukaszenki traktuje o wiele lepiej niż przyjaciele z „bandersztatu” na zachodniej Ukrainie. I tak dalej... Jako że Łukaszenka trzyma się mocno – Romaszewska poczuła feblik do Ukrainy, na której neobanderowcy trzymają się jeszcze mocniej. W rezultacie publiczne pieniądze polskiego podatnika
nadal będą ładowane w Biełsat, a w ramach „dobrej zmiany” nikt nie pomyśli nawet o utworzeniu TVP Kresy, co by było z punktu widzenia polskiej polityki historycznej oczywiste i pożądane. 




Sakiewicz i jego stajnia

Silną pozycję ma również Tomasz Sakiewicz – wielki kadrowy „dobrej zmiany” w mediach publicznych (takiego Samuela Pereirę musiał „posłać” do telewizji i radia naraz) i zarazem wielki entuzjasta „powstrzymywania Rosji” za cenę usprawiedliwiania i akceptowania wybryków neobanderowców. Sakiewicz to kolejne kuriozum – przyjął medal od Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Nie bez powodu zapewne go otrzymał – każdy, kto krytykuje recydywę banderyzmu na Ukrainie staje się dla „Gazety Polskiej” „ruskim agentem”. Sakiewicz ma zresztą całą „stajnię” chłopców od entuzjazmowania się pomajdanową Ukrainą – na czele z Wojciechem Muchą oraz „młodym” Dawidem Wildsteinem. W zestawieniu tym pomijam celowo dziennikarki takie jak Monika Andruszewska, czy Bianka Zalewska – w przypadku tej drugiej nastąpiła zresztą swoista unia personalna pomiędzy ukraińską TV Espreso a sakiewiczowską TV Republika. Obu paniom najwyraźniej mylą się role – chcą być równocześnie dziennikarkami, korespondentkami wojennymi i organizatorkami pomocy dla jednej ze stron konfliktu. W czasie wizyt w ochotniczych batalionach ukraińskich w Donbasie Zalewska brata się z nimi i paraduje po okopach w panterce bez widocznego napisu „PRESS”. Cóż – widać bliższy jest jej wzór Hemingwaya, który będąc korespondentem wojennym w Hiszpanii, równocześnie (ponoć) walczył po stronie komunistów, niż sposób uprawiania zawodu przez np. śp. Waldemara Milewicza. Jednak Zalewskiej do Milewicza (a i do Hemingwaya) równie daleko, jak pchle do lwa.Tutaj wątek plotkarski: za niektórymi „miłościami” do Ukrainy stoi coś bardziej ludzkiego – miłość do ukraińskiego chłopaka lub dziewczyny. Jeden z chłopców ze „stajni Sakiewicza” na Facebooku zamieszczał swoje zdjęcia z ukraińską dziewoją. Czy związek przetrwał – nie wiem, ale podejrzewam, że to bynajmniej nie odosobniony mechanizm. Przywołajmy jednak przykład pozytywny – Tomasz Maciejczuk. Korespondent wojenny w Donbasie, organizator pomocy dla walczących ukraińskich batalionów. „Wyleczył” się z tego, kiedy na froncie spotkał ukraińskich ochotników w mundurach z symbolami SS Dirlewanger – zbrodniarzy pacyfikujących powstanie warszawskie. Nie tylko za zaskakujące, ale za haniebne należy uznać zachowanie całej reszty polskich dziennikarzy – Maciejczuk został uznany za... „ruskiego agenta”, a przynajmniej za falsyfikatora lub wariata. Niedawni zaś kumple z neobanderowskich batalionów (także internetowych) zaczęli mu się odgrażać. Ostatecznie, niedawno Służba
Bezpieczeństwa Ukrainy dała Maciejczukowi zakaz wjazdu na teren Ukrainy, co nie spotkało się z żadnym potępieniem, czy choćby gestem solidarności zawodowej ze strony proukraińskich publicystów. Dziennikarz pokazał jednak, że aby „dymać” Ukrainę nie trzeba być Putinem, wystarczy być... Maciejczukiem. Mimo zakazu wjazdu wbitego do paszportu i tak na Ukrainę się przedostał, a fotki z tej podróży ostentacyjnie zamieszczał na Facebooku. 

Maciejczuk spędził na Ukrainie w sumie kilka miesięcy, dlatego warto tutaj przytoczyć jego niedawną refleksję: „Młodzi Ukraińcy rosną w przeświadczeniu, że rzeź wołyńska została przeprowadzona przez NKWD lub uważają, że to Polacy zaczęli mordować Ukraińców, a Ukraińcy się jedynie bronili. By zrozumieć obłudę naszych wschodnich sąsiadów, wystarczy spojrzeć na ich stosunek do akcji Wisła, a następnie spojrzeć jak odnoszą się do kwestii wołyńskiej. Do dziś nie możemy usłyszeć od Kijowa bardzo ważnych słów: kto i dlaczego rozpoczął rzeź wołyńską?

Po ponad dwóch latach rozmów z Ukraińcami, w tym także z weteranami UPA oraz ze współczesnymi ukraińskimi nacjonalistami, dochodzę do wniosku, że nasi wschodni sąsiedzi nie tylko nie są gotowi do rozmów o naszej wspólnej historii, ale również nie mają na to ochoty i nie zamierzają tego robić. Ukraińskie władze mają Polskę i Polaków za idiotów, służących im jedynie „w zmaganiach z Rosją” oraz w walce o kredyty i dotacje z Zachodu. Nasza rola to rola frajera robiącego wszystko za darmo i nie dbającego o swoje własne interesy. Wydawało mi się, że z momentem przyjścia PiS do władzy sytuacja ulegnie
zmianie, jednak jak widać, myliłem się i nie wstydzę się do tego przyznać”.
W poczcie „banderowców” III Rzeczpospolitej nie powinno – niestety – zabraknąć Jarosława Kaczyńskiego. I to bynajmniej nie dlatego, że na Majdanie krzyczał „Sława Ukrainie -gierojam sława”.
Wrócę do mojej obsesji. To tak jakby - toutes proportions gardées – polski polityk, który pojechał kibicować Niemcom z NRD w burzeniu muru berlińskiego, krzyczał wraz z nimi „Deutschland, Deutschland über alles”. Na miejsce w szeregu „banderowców III RP” Jarosław Kaczyński, najwybitniejszy polski polityk po 1945 roku, zasługuje z tego powodu, że w kwestii polityki wschodniej słucha i daje się wodzić za nos różnym Żurawskim vel Grajewskim, Sakiewiczom i innym dziesiątym wodom po Giedroyciu. W rezultacie wobec Ukrainy uprawiamy nie tylko politykę anachroniczną i nieefektywną, ale również w dalszej perspektywie samobójczą, bo odrodzony integralny nacjonalizm ukraiński prędzej czy później powróci do źródeł, czyli zwróci się przeciw Polsce i Polakom. I to bez względu na wynik konfliktu w Donbasie. Jeśli Ukraina wygra (co mniej prawdopodobne) – w dalszej kolejności odżyją antypolskie resentymenty neobanderowców. Jeśli Ukraina przegra i utraci Donbas – tym bardziej neobanderowcy mogą szukać sukcesów kompensacyjnych.


                                                     MARCIN HAŁAŚ

Bez Cenzury, nr 2 lipiec 2016


P.S.
Mój komentarz:
Dziś w wiadomościach Programu I Polskiego Radia, podano informację, że prezydent Ukrainy Petro Poroszenko, podpisał dekret o demobilizacji 17 tysięcy ukraińskich żołnierzy walczących w Donbasie, którzy w ciągu miesiąca mają powrócić do domów. Oznacza to tyle, że USA dogadały się z Rosją, iż Donbas jest dla Ukrainy stracony i przechodzi definitywnie w ręce Federacji Rosyjskiej. Dla nas Polaków to fatalna wiadomość. Oznacza bowiem, że ukraińscy nacjonaliści, tak jak stwierdza w puencie swojego znakomitego artykułu Pan Marcin Hałaś, będą szukać dla siebie sukcesów kompensacyjnych, które w jakiejś części powetują im ich klęskę w Donbasie. A celem, w kierunku którego zwrócą nie tylko swój wzrok, ale i broń, będziemy my Polacy, a konkretnie południowo-wschodnie obecne rubieże naszego Państwa!( dopisek J.B)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz