sobota, 2 kwietnia 2016

Kolaboranci czy herosi - rzecz o SS-Galizien

Kolaboranci czy herosi - rzecz o SS-Galizien 
 
Prof.dr hab. Edward Prus 
 Hans Frank podczas przeglądu oddziału do ukraińskiej dywizji SS we Lwowie.


Po cięgach otrzymanych przez siły zbrojne III Rzeszy pod Moskwą, Stalingradem i Kurskiem, wystraszona "międzynarodówka" faszystowska postanowiła przyjść Hitlerowi z pomocą. Ruszyli się hurmem naziści z Norwegii, Francji, Hiszpanii, Portugalii, Chorwacji, Danii, Holandii, Flamanowie i Walonowie. Do tej plejady postanowili także dołączyć kolaborujący z Niemcami skrajni nacjonaliści ukraińscy, a ściślej wschodniomałopolscy (galicyjscy) proweniencji melnykowskiej, ale nie tylko: czas pokazał, że również banderowców wśród "ratowników hitleryzmu" nie brakowało. Zresztą nie było różnicy doktrynalnej między banderowcami i melnykowcami, którzy przecież wywodzili się z tego samego faszystowskiego pnia - Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, przeto obie frakcje posługiwały się (i posługują) tym samym skrótem OUN.
Przypomniał o tym historyczny reportaż filmowy Juliana Hendy'ego wyemitowany 7 stycznia 2001 roku przez londyńską telewizję ITV pt. "SS w Wielkiej Brytanii". Film dosłownie zbulwersował świat, zwłaszcza Brytyjczyków, którzy dowiedzieli się nagle ku swojemu zdziwieniu i przerażeniu, że wraz z nimi żyją i mieszkają w "przeplatańcu" od ponad pół wieku groźni zbrodniarze wojenni a także mordercy pospolici mający ręce po łokcie zbroczone krwią polską i żydowską. Jak miecz Demoklesa zawisła nad głowami "dywizyjników" groźba pozbawienia brytyjskiego obywatelstwa, ekstradycji, sądu i kary. Blady strach padł na starych już przecież zbirów. - Dajcie nam spokój - wołają. - Skąd ten sztucznie rozniecony rejwach? Gdzie były władze przez pół wieku? Czemu dopiero teraz się obudziły? Medialny raban tylko niepotrzebnie obudzi dawne animozje i wzajemne urazy między narodami. Drżą także w przestrachu i ci mołojcy, którzy dotąd żyli w Polsce pod fałszywymi nazwiskami, często nazwiskami swoich ofiar, a dziś już się z tym nie kryją.
Fala artykułów i rozlicznych komentarzy przetoczyła się przez prasę, radio i TV świata, nie ominęła także Polski. Obok materiału fachowego znalazły się informacje bałamutne lub celowo zamazujące bulwersujący problem, służący jakiejś obronie zbrodniczych dziadków. Właśnie im pospieszył z pomocą "dyżurny satyryk kraju". Niby się zgadza z rzeczowymi opiniami płynącymi znad Tamizy, ale jednocześnie ma zastrzeżenia. Ukraińscy esesmani niby mordowali, ale..., niby byli w Hucie Pieniackiej i Podkamienie, ale... i tak do końca. Przypomina to dowcip o alkoholiku: pije wprawdzie, ale z obrzydzeniem. Cały Grzegorz Motyka! O nim bowiem mowa.
Właśnie on, jak na zawołanie zabrał głos trzykrotnie - zawsze pokrętnie i bałamutnie, a przede wszystkim mało kompetentnie. Najpierw w TV przekonywał słuchaczy że, jak dotąd, w Polsce na temat SS-Galizien nikt nie pisał, bo polscy historycy myśleli (rzekomo), że dywizja SS-Galizien zakończyła swój żywot pod Brodami w lipcu 1944 roku. Później w radiu zmienił zdanie mówiąc, że owszem polscy historycy wiedzieli "od dawna", że byli wojacy SS-Galizien znajdują się w Anglii. Natomiast na łamach "Wprost" dał już upust swojej fantazji i knechtowską SS-Galizien nazwał "Hałyczyną" poddając jednocześnie w wątpliwość zbrodniczość jej mołojców.
Nie należy przeto się dziwić, że czytelnicy "Głosu Emigracji" i "Kwartalnika Kresowego" (nr 8) przyznali Grzegorzowi Motyce "Ośle Uszy". W uzasadnieniu napisano: "Dr Grzegorz Motyka w napisanych przez niego dwu książkach (jedna "Pany i rezuny" wspólnie z A. Wnukiem) oraz kilku rozprawach "historycznych", nie zna lub często nie liczy się z faktami historycznymi, nagina je do potrzeb swoich teorii, przemilcza niewygodne mu fakty historyczne, bezkrytycznie daje wiarę propagandzie nacjonalistów ukraińskich i przyjmuje je za fakty, demonstruje duże luki w posiadanych wiadomościach z zakresu intresującej go tematyki i chociaż pisze o stosukach polsko-ukraińskich nie zna ani języka ukraińskiego, ani dialektu galicyjskiego, co zamyka mu drogę do wielu źródeł. Wydaje się nam historykiem niedokształconym w tematyce jego zaintersowań i jest raczej publicystą szkodliwych sprawie polskiej teorii. Odnosimy wrażenie, że zamierza robić karierę idąc za popularnym dziś w niektórych kołach politycznym prądem, przemilczającym lub starającym się zafałszować prawdę, któremu też dla jemu wiadomych powodów być może postanowił służyć."
Mały Hryćko jeszcze koszulę w zębach nosił, jak niżej podpisany na temat SS-Galizien publikował w "Wojskowym Przeglądzie Historycznym", a później w innych periodykach, wreszcie w co najmniej pięciu książkach łącznie z ostatnią "Rycerze żelaznej ostrogi". Można tych pozycji nie dostrzegać, ale nie można wykręcać się nieznajomością tak podstawowego dzieła, jak pozycja Aleksandra Kormana pt. "Nieukarane zbrodnie SS-Galizien z lat 1943-1945 Chodaczków Wielki, Huta Pieniacka, Podkamień, Wicyń i inne miejscowości" (Londyn 1990). (...)
Nacjonaliści ukraińscy zawsze marzyli o własnych oddziałach zbrojnych u boku hitlerowców, którzy zresztą zawsze wspierali ich przeciwko Polsce i Polakom. Ich organizacje terrorystyczne - Ukraińska Wojskowa Organizacja a później OUN - były w okresie międzywojennym hojnie subsydiowane przez niemiecki wywiad wojskowy. Wywiad ten też, w przededniu napaści III Rzeszy na Rzeczpospolitą, powołał do życia "legion ukraiński", który jako jedyna jednostka tego typu pod komendą Romana Suszki wziął udział 1 września 1939 roku w agresji na nasz kraj. Niecałe dwa lata później wojacy Suszki weszli w skład innej formacji zbrojnej znanej pod kryptonimem "Nachtigall" i "Roland". O wyczynach tych "legionów" w 1941 roku, zwłaszcza o mordowaniu przez nie Żydów, wiemy bardzo dużo. Właśnie wojacy tych batalionów po różnych perypetiach, zasilą szeregi dywizji SS-Galizien - wbrew temu, co głosi G. Motyka.
Batalion czy pułk to o wiele za mało dla wybujałych ambicji ukraińskich nacjonalistów, chcieli mieć całą armię, własne wojsko ściśle zespolone z Niemcami. O takie właśnie wojsko prosił Andrij Melnyk - wódz ukraińskich nacjonalistów w kilku swoich listach do różnych osobistości niemieckich - partyjnych i wojskowych od połowy 1941 roku. Wtedy jeszcze propozycje jego lekceważono i zbywano milczeniem, powrócono do nich dopiero po klęskach opisanych na wstępie.
Oto wyimek treści jednego z memoriałów Melnyka:
    "Wydaje się, iż nadszedł czas, aby włączyć Ukrainę do przeciwbolszewickiego frontu... Trzeba sformować bojowo przydatne wojsko ukraińskie... Niestety, w ciągu ostatnich dwóch lat zmarnowano wiele możliwości... Spodziewamy się, że problem sformowania ukraińskiej siły zbrojnej... znajdzie u pana, panie marszałku polny (chodzi o Keitla - E.P.), należyte zrozumienie... Ukraińskie odpowiedzialne, a najgłówniejsze, wojskowe koła, są gotowe do rozwiązania tego zagadnienia, któremu my, w imię zwycięskiego końca walki z Moskwą, nadajemy znaczenie największe, pragniemy wziąć udział (w walce) i oddać się do dyspozycji dowództwa głównego sił zbrojnych...".
Dziś słyszy się o inicjatywie Otto Wächtera - gubernatora dystryktu Galizien, ale tak naprawdę to ta inicjatywa wyszła od Melnyka, w którego imieniu sprawę finalizował Włodziemierz Kubijowycz - prowidnyk Ukraińskiego Centralnego Komitetu (UCK) - kolaboranckiego organu uznawanego przez okupanta za reprezentację Ukraińców galicyjskich. Sam zresztą o tym pisze: "Tak więc 8 marca 1943 r. napisałem do gubernatora generalnego Franka list z prośbą o podjęcie kroków w sprawie utworzenia ochotniczej zbrojnej formacji na terenie Generalnej Guberni, która walczyłaby razem z Niemcami przeciwko bolszewikom". I dalej: "Tylko w składzie niemieckich sił zbrojnych mogła powstać regularna, dobrze wyszkolona i uzbrojona duża jednostka, która przy sprzyjających warunkach mogłaby stać się zarodkiem ukraińskiej armii narodowej... (W. Kubijowycz, Meni 85, Paryż-Monachium 1986). 


Stara pocztówka - Stanisławów, 19.08.1943 r. Pobór do 14. Dywizji Grenadierów SS-Galizien.
 
Oficjalnie o zgodzie dowództwa Waffen SS na utworzenie dywizji Ukraińców galicyjskich, poinformował opinię Wächter 28 kwietnia 1943 roku. Wtedy też gubernator zatwierdził symbolikę dywizji - znaki runicze SS i lwa z trzema koronami. Takie też znaki nieśli na planszach ukraińscy ochotnicy podczas manifestacji we Lwowie 18 lipca 1943 roku. Wächter również zatwierdził 12-osobowy cywilny organ opiekuńczy dywizji o nazwie "Wijśkowa Uprawa". Kierowali nią pospołu - Niemiec płk Alfred Bisanz i Ukrainiec gen. Wiktor Kurmanowycz. Sekretarzem Uprawy został Dmytro Palijew, który następnie awansowany do stopnia płk. SS został "adiutantem dywizji".
Dywizja, jak się rzekło, miała być nie "ukraińska", lecz "galicyjska" i dlatego werbunek do niej przebiegał tylko na terenie dystryktu galicyjskiego. Oficjalna nazwa dywizji od 30 VII 1943 roku brzmiała: SS Freiwilligen Division "Galizien", od 27 VI 1944 - 14 Waffen-Grenadier-Division der SS "Galizien" ("Galizische Nr 1"). "Himmler wyraźnie za strzegł, że w Dywizji pod żadnym pozorem nie można nawet myśleć o niepodległości Ukrainy. Słów Ukraina, Ukrainiec, ukraiński nie można nawet używać w Dywizji pod groźbą kary. Żołnierze dywizji mogą nazywać siebie nie Ukraińcami lecz Haliczanami" - pisze jej szef sztabu mjr Wolf-Dietrich Heike (Ukraińska Dywizja Hałyczyna, Toronto 1970).
Zdarzały się oszustwa, takiego dopuściła się grupa młodzieży z rumuńskiej wówczas Bukowiny. Jednak gdy przybyli oni tam w mudurach SS, żandarmeria rumuńska ich aresztowała, rozebrała do naga i w Czerniowcach rozstrzelała. Mundury i bieliznę, jako mienie niemieckie, odesłano intendenturze SS. Rumunia, choć była satelitą Niemiec, potrafiła odważnie bronić swych racji. Drugi przykład, to nieprzyjęcie do SS Galizien grupy ochotnikow pochodzących z innych dystryktów GG. Wśród tych nieprzyjętych był "stypendysta Hitlera", studiujący na Uniwersytecie Berlińskim, dobrze dziś znany w Polsce łże-profesor Bohdan Osadczuk. Gdyby go wówczas przyjęto do SS, to na pewno nie byłby "doradcą" Aleksandra Kwaśniewskiego, odznaczonym przez tegoż Orderem Zasługi (sic!), ale położyłby głowę pod Brodami czy Hutą Pieniacką lub w Anglii czekałby na deportację do Polski jako zbrodniarz wojenny.


Plakat propagandowy Dywizji SS-Galizien.
 
Werbunek do Dywizji przebiegał wyjątkowo sprawnie, dlatego dał wynik imponujący - 80 tys. zgłoszeń! Oczywiście nie wszyscy ostatecznie stawili się przed komisją do poboru, przezd komisją stanęło około 30 tys. Jedni szli z pobudek ideowych, inni dla przygody lub żeby nie jechać na roboty przymusowe, jeszcze inni z czystego wyrachowania. Roman Kolisnyk był wtedy gimnazjalistą i tam też usłyszał: "...gubernator Wächter ogłosił o utworzeniu ukraińskiej galicyjskiej dywizji - nowych ukraińskich strzelców siczowych. Nadeszła teraz chwila... wziąć broń do ręki! ...Zostaniecie nowymi rycerzami żelaznej ostrogi! Teraz! Wszyscy podnieśli rękę..." (R. Kolisnyk, "Ostatnij postrił", Toronto 1989).
Wiktor Poliszczuk w słynnej Gorzkiej prawdzie podaje znów inny przykład "niedawno zmarłego M.S.", który zgłosił się na ochotnika "dlatego, aby Niemcy nie odebrali jego żonie dobrze prosperującego przedsiębiorstwa w Tarnopolu. On nigdy nie chciał mówić o swym udziale w dywizji, ale jednego razu nie wytrzymał i powiedział, że jego całe życie piecze wytatuowane pod pachą piętno SS. On wstydził się tego piętna. A jego żona, nie wiedząc, że ukraińskie wojsko jest SS, gdy przyjechała do Neuhammer odwiedzić męża i dowiedziała się, że jest on w SS, to omal nie zemdlała." (Gorzka prawda. Zbrodniczość OUN-UPA (spowiedź Ukraińca), Toronto-Warszawa-Kijów 1995).
W Galicji w tym czasie mieszkało ponad 200 oficerów ukraińskich, ale na wezwanie UCK zgłosiło się zaledwie 50. Świadczyło to o nieufności, jaką darzyło większość Ukraińców pomysł UCK. Świadczyły też o tym satyryczne wiersze, z których jeden brzmiał:


    A w Zalizciach je parada,
       Zjichałasia wsia hromada,
       
      Czerez misto iszły pyszky,
      
      Aż jim workotiły kyszky. 
      
      Poperedi Hryć Sobaka,

    Za nym Fetko Hajdamaka,
    A za Fetkom Wasyl Ryło,
    Za Wasylom Hryć Kyryło.
    A wsi mały syni mordy,
    owti portky mały z zadu -
    I tak iszły na paradu.
    A spiwała wsia drużyna,
    Szcze ne wmerła Ukrajina,
    Nasza sprawa bude żyła,
    Derły sia na ciłi ryła.
    Budem rizaty, pałyty,
    Budem Lachiw, Żydiw byty -

    Bo my hrizni łycari,

    Kozaczeńky mołodi!
    Musym dywiziju maty,
    Szczob Warszawu Lacho wziaty,
    Szczob nasz narid pamiataw,
    Szczo dywizju swoju maw.
    A smijały sia Nimaky,
    Ukrajina? Niuch tabaky!
    Zhynesz brate za Hitlera,
    Szczob tia szlag, jasna cholera!
    Smijały się takoż ludy,
    Szczo z dywizji nic ne bude,
    Bo co sprawa ne swoja -
    Hitleriwśka, nam czuża!
Agitowali za dywizją duchowni grecko-katoliccy, ostrzegali znów banderowcy sądząc, że przeszkodzi ona werbunkowi młodzieży do ich UPA. Przeciwko dywizji zdawał się być biskup stanisławowski H. Chomyszyn, ale za to nie był jej przeciwny metropolita Andrzej Szeptycki. Przecież to on mianował swoim wikariuszem generalnym do spraw wojskowych o. W. Labę. O nim pisał rezydent OUN w Rzymie J. Onaćkyj: "W ogóle, im bardziej poznaję metropolitę Szeptyckiego, tym bardziej szanuję go. Twardy człowiek! I zawzięty nacjonalista." (J. Onaćkyj, U wicznomu misti, II, Toronto 1981). Dowództwo dywizji na czas jej formowania powierzono SS-Brygadeführer und Generalmajor SS Walterowi Schimannowi, wcześniej dowódcy SS w Grecji. Wkrótce na tym stanowisku zastąpi go Brigadeführer, Generalmajor SS i Policji Fritz Freitag. 
W listopadzie 1943 roku rekruci dywizji Waffen-SS "Galizien" złożyli przysięgę po niemiecku.

Przysięga zobowiązywała: "...Być wiernym Hitlerowi jako führerowi oraz najwyższemu dowódcy sił zbrojnych. Wiernie służyć Adolfowi Hitlerowi jako führerowi Wielkich Niemiec. Na całe życie być wiernym Adolfowi Hitlerowi jako wielkiemu führerowi nowej Europy." (Lwiwśki Wisti, 13 XI 1943).
Po złożeniu przysięgi rekruci stali się żołnierzami dywizji, która była efektem całej istoty ukraińskiego nacjonalizmu - zarówno melnykowców, jak i banderowców. Przecież to Andrij Melnyk pisał: "Wśród ukraińskich nacjonalistów panuje pogląd, że niemieckie i nacjonalistyczne interesy w Europie wschodniej są identyczne. Obecna sytuacja wymaga od nacjonalistów ukraińskich jak najaktywniejszego uczestnictwa w zaprowadzeniu nowego ładu (Neuordung) na Ukrainie." Sekundował mu Jarosław Stećko operetkowy "premier" z łaski Stepana Bandery i tego zastępca: "Historyczna dola i geopolityczna rzeczywistość wyznaczyły wspólną drogę nacjonalistów ukraińskich i niemieckich nazistów... Należy to rozumieć tak, że zwyciężamy lub padamy (razem) z Niemcami, które obecnie wykrwawiają się na szerokich stepach Ukrainy za (naszą) wspólną sprawę...".
Oprócz pułków liniowych w skład dywizji wchodziły jeszcze pułki policyjne specjalnie przeszkolone do zadań pacyfikowania polskich wsi i do współdziałania w tych pacyfikacjach z oddziałami krwawej UPA. Przykłady są straszne ich symbolem na zawsze pozostaną Huta Pieniacka i Podkamień. Przykłady zezwierzęcenia rizunów obu formacji można mnożyć, ale poprzestaniemy tylko na dwóch.
Tragedia Huty Pieniackiej rozegrała się 28 lutego 1944 roku. Pułk SS-Galizien i kureń UPA "Siromanci" dokonały tu masakry, zastrzelili lub spalili żywcem 700-1000 osób, puścili z dymem kościół i 120 zagród. Huta Pieniacka to większa tragedia aniżeli ta, która spotkała czeskie Lidice czy francuskie Oradour, o których po wojnie głośno było w Europie i w świecie. Te dwie miejscowości widnieją nawet w polskiej Encyklopedii Powszechnej PWN, podczas gdy zagłada Huty Pieniackiej nie figuruje. A tymczasem: "...ukraińscy esesmani zgotowali tragiczny los polskim mieszkańcom tej wsi. Nastąpiło tak potworne ludobójstwo, zgotowane przez trzy bataliony ukraińskich żołnierzy SS Galizien - że żadne słowa i pióro nie jest w stanie tragedii tej odtworzyć. Od kul, noży, siekier i ognia zginęło koło lub ponad 1000 osób" - pisze wzmiankowany już Aleksander Korman. 


Mężczyzna na zdjęciu z lewej strony to rozpoznany po wojnie przez świadka zastępca komendanta ukraińskiej policji w Biłgoraju. Uczestniczył w pogromach i masowych egezekucjach m.in. w Bukowej, Janowie Lubelskim, Zwierzyńcu. W roku 1943 wstąpił do 14 Dywizji Grenadierów SS Galizien. Jego losy powojenne są nieznane. Na pozostałych zdjęciach nieznani z nazwisk ukraińscy SS-mani - uczestnicy krwawej pacyfikacji w Hucie Pieniackiej.
 
 
Taki sam los spotkał ludność polską, która schroniła się w podkamieńskim Sanktuarium Maryjnym na świętej Górze Różańcowej. Tu także masakrowali żołdacy SS-Galizien i rizuni UPA. Ten sam autor pisze: "śmiercią okrutną w torturach zginęło na terenie klasztoru około 300 osób narodowości polskiej... Razem w Podkamieniu było około 800 śmiertelnych ofiar z rąk ukraińskich żołnierzy SS Galizien, terrorystów OUN-UPA i policjantów Ukrainische Hilfspolizei... W kaplicy, gdzie dzieci przyjmowały komunię św. znajdował się stos pomordowanych ludzi. Stos ten ruszał się jeszcze, zaś nad stosem unosiła się para wodna, ogrom krwi... Zalegała złowieszcza cisza... Ogromna przyklasztorna studnia zapełniona była ludzkimi zwłokami, przeważnie dziecięcymi...".
Będącą już w okopach pod Brodami dywizję odwiedziła specjalna delgacja UPA z życzeniami pomyślności. Być może, że właśnie ze względu na banderowskie jednostki (czy nawet grupy) w szeregach dywizji, Szuchewycz-"Czuprynka" kamandyr hołowny UPA, jak to sądzi współczesny "Wyzwolony Szlach" (1981, nr 1), był rzecznikiem braterstwa broni bojców UPA z "dywizyjnikami". "Wyraźnym jego (Szuchewycza) pragnieniem było - czytamy tam - żeby między wojakami UPA i dywizji zapanowała szczera przyjaźń, co też się stało..."
Pod Brodami, zaledwie w ciągu dwóch dni (19-20 lipca) dywizja została dosłownie zmielona na proch i pył. Z 16 tysięcy wojaków przy życiu pozostała zaledwie jedna trzecia, z tego ok. 3 tys. strilców udało się przedrzeć z kotła. Jedni zdołali nawiązać kontakt ze swoim dowództwem, inni znaleźli się w UPA. Tu zajęli szereg stanowisk dowódczych a przede wszystkim byli funkcjonariuszami, postrach szerzącej wśród samych Ukraińców, służby bezpieki. Niektórzy z nich mordowali na obszarze dzisiejszej Polski: Hryhor Jankowśkyj ("Lastiwka"), Jewhen Jaszczuk ("Duda"), Stepan Stebelśkyj ("Hryń"), Jarosław Kotiłok (Kociołek) - "Kryłacz", Roman Kozierskyj - "Bir", "Stach", "Orich", "Sołomyj", "Hrań", "Zenko", "Bajruch", "Wesełyj" (nazwiska nie ustalone), Matwij Szpak - "Kril", 30 strilców z sotni "Hrynia", a przede wszystkim późniejszy szef wywiadu OUN Bohdan Pidhajnyj oraz ostatni zastępca Szuchewycza Hryćko Holiasz - "Bej".
Teraz sprawa dla nas, Polaków, najważniejsza: jak to było z tymi żołnierzami ukraińskimi w Warszawie w trakcie Powstania? Nacjonaliści ukraińscy zaprzeczają, wypierają się, przysięgają. To samo czynią ich polscy poplecznicy, w tym przywołany na początku Grzegorz Motyka twierdząc np., że wojaków "Hałyczyny" w Warszawie nie było. Ma rację, bo nazwę "Hałyczyna" dywizja otrzymała o wiele później. Natomiast ów, wymieniony przez Grzegorza Motykę, Wołyński Legion Samoobrony był już pułkiem Waffen SS-Galizien. Był też jeszcze jej pułk zapasowy pod wodzą płk. Barwińskiego. Trudno uwierzyć, że nie wzięli oni udziału w rzezi ludności Warszawy. "Ukraińskich esesmanów z tej dywizji (SS-Galizien) widzimy na ruinach Warszawy podczas tłumienia Powstania Warszawskiego. Razem z oddziałami Himmlera szli ci zdrajcy przeciwko Polakom, zarzucali oni granatami piwnice warszawskich domów, przepełnionych kobietami i dziećmi, rozstrzelali za miastem tysiące cywilnych mieszkańców." To głos Ukraińca, prof. Uniwersytetu im. Iwana Franki, Michała Rudnyćkiego - rodzonego brata Iwana znanego jako Kedryn.
Są tego dowody, choćby w pamiętniku jednego z żołnierzy Diaczenki znalezionego przy jego trupie. Wojak nazywał się Waszczenko. "Nasze położenie żałosne - notował. - Życie urywa się w młodych latach. Przyszło się nam zginąć albo z ręki Polaków, albo z ręki swoich braci i ojców, albo z ręki Niemców - naszych sojuszników. Gdziekolwiek pójdziesz - wszędzie czeka na nas kula albo granat, tu (w Warszawie) każde okno dyszy śmiercią."
Ale nie chodzi w tym wypadku tylko o Ukraińców z SS-Galizien, przecież byli tu jeszcze własowcy z dywizji S. Buniszczenki, która w 70% składała się z Ukraińców. Byli jeszcze kozacy Krasnowa, w których też nie brakowało Ukraińców, wreszcie osławiona brygada Kamińskiego - Białorusina (nie Polaka!) wychowanego przez matkę Niemkę. Rzecz niewątpliwie wymaga jeszcze gruntownego zbadania, ale nie kamuflażu, prawdy a nie kłamstwa. Na kłamstwie dobrosąsiedzkich stosunków się nie zbuduje.
Dalsze losy dywizji są związane z pacyfikowaniem Słowacji i Jugosławii. Przy końcu wojny otrzymała ona upragnioną nazwę "Hałyczyna" jako 1 dywizja Ukraińskiej Armii Narodowej. W takim charakterze dostała się do niewoli. Trzymana w obozie w Italii aż dwa lata czekała na rozstrzygnięcie swojego losu. Stalin chciał ją dostać w swoje krwawe łapy, ale nie dostał. Ukraińców uratowało polskie obywatelstwo, które potwierdził gen. W. Anders. Przyznając się do tego ponad stu "dywizyjników" uciekło pod jego skrzydła wstępując do Armii Polskiej, inni ostentacyjnie zaczęli rozmawiać po polsku udając, że z ukraińskością nic ich nie łączy. W 1947 roku przygarnęli ich Anglicy potrzebujący robotników w rolnictwie. W latach 50-tych niektórzy "dywizyjnicy" opuścli Anglię udając się do Kanady, USA, Australii i Argentyny. 


Rozpoznana po wojnie przez świadka czwórka ukraińskich SS-manów z 14 dywizji SS Galizien uczestniczyła w egzekucjach Polaków i Żydów m.in. w Chodaczowie Wielkim w pobliżu Tarnopola.
 
Czy są wśród nich zbrodniarze? Pytanie należy odwrócić: czy są wśród nich osoby niewinne? Być może, ale przynależność do Waffen-SS sama przez się jest przestępstwem. Wojska SS, częścią składową jakich była dywizja SS-Galizien, tak są określane:

    "Waffen-SS, hitlerowska zbrodnicza formacja wojskowa, złożona z członków SS. W czasie wojny Waffen-SS została przekształcona w autonomiczny rodzaj wojsk... Wojska SS były formacją elitarną, należały do najbardziej sfanatyzowanych formacji hitlerowskich. W działa niach przyfrontowych... na okupowanych terytoriach dokonywały licznych masowych zbrodni, nie przestrzegały obo wiązujących zasad międzyznarodowego prawa. Waffen-SS, jako część składowa organizacji SS uznana została przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze za organizację zbrodniczą." ("Encyklopedia II wojny światowej", Warszawa 1975).
Zacząłem swój esej od opinii "polskiego" rzecznika interesu ukraińskich nacjonalistów i na nim zakończę. W tygodniku "Wprost" pisze on: "Pojawieniu się informacji prasowych SS towarzyszą obawy, by historia znów nie pogorszyła stosunków polsko-ukraińskich..." Czyje obawy: Polaków czy ukraińskich nazistów? Co znaczy "znów nie pogorszyła"? Bzdura! Takich obaw po stronie polskiej i ukraińskiej nie ma, takie "obawy" żywi tylko nacjonalistyczna ekstrema, ale to nas nie powinno obchodzić. Liczą się bowiem narody - polski i ukraiński. Obawa zatem jest zgoła inna, chodzi o odsłonięcie prawdy, którą dotąd usiłowano ukryć aby na jej podstawie nie pociągnąć winnych do odpowiedzialności - i to nie tylko wojaków SS-Galizien, ale także rizunów z UPA.

Nie należy obawiać się, że prawda może "popsuć stosunki polsko-ukraińskie", te stosunki gorszy coś innego, mianowicie sztuczna heroizacja UPA przez stawianie jej lże-pomników nawet w Polsce; honorowanie prowodyrów ludobójstwa ulicami ich imienia na Ziemiach Utraconych, które są przesiąknięte polską krwią serdeczną na cztery łokcie; usprawiedliwianie tych zbrodni. Oto co szkodzi polsko-ukraińskim stosunkom. Polacy domagają się prawdy, czy to tak dużo? Cieszą się z tego, że w ciągu minionego półwiecza znaleźli się tacy, którzy nie bali się rozdrapywać ran "aby się nie zabliźniły błoną podłości". Dzięki tej małej garstce zbrodniarze spod znaku SS-Galizien i OUN-UPA nie mogli spać spokojnie i dziś czekają na sprawiedliwość, która wyciągnęła już "sprawiedliwą dłoń" w Wielkiej Brytanii, sięga do Kanady i USA, sięgnie niechybnie także do Polski, a być może także i na Ukrainę. Wtedy znikną owe lże-pomniki UPA, umilkną buńczuczne łgarstwa różnych Huków i Dziubyn, rumieniec wstydu pojawi się na twarzach tych, co dotąd tolerowali wszelką sawolę ukraińskich faszystów w Polsce.
Chodzi też, żeby z naszego życia usunąć filozofię minionych czasów, filozofię dopuszczającą, a nawet nobilitującą historyczne kłamstwa, żeby zatriumfowała Prawda, Gorzka prawda, jak ją nazywa mądry Ukrainiec Wiktor Poliszczuk. On też w owej Gorzkiej prawdzie woła odważnie: "Uznajmy winę naszych braci! Odseparujmy siebie od ich zbrodni! Prosimy o przebaczenie nie tylko Polaków, ale błagajmy też o przebaczenie od Boga, w imię Chrystusa, jesteśmy chrześcijanie, pamiętając, że bez pokajania nie ma przebaczenia".
Generał Józef Haller, "człowiek czystych rąk i serca", pisał na temat mordów ludności polskiej: "Prośmy Boga, by z tej krwi ofiarnej nie powstał już żaden krwawy czy ognisty mściciel, lecz by Bóg - Sam Mściciel - w miłosierdziu swoim połączył bratnie narody w serdecznym uścisku przebaczenia".
Aby to mogło się stać, strona ukraińska musi dokonać uczciwego rachunku sumienia i rozliczenia. W pierwszej kolejności musi tego dokonać Cerkiew grecko-katolicka. Polacy liczyli, że stanie się to w Roku Jubileuszowym 2000, w którym wszystkie Kościoły rozliczyły się ze swoją przeszłością, milczała tylko Cerkiew grecko-katolicka! My, Polacy, jednak nie tracimy nadziei, wierząc, że Cerkiew grecko-katolicka przeprosi Polaków za to, że jej duchowni święcili narzędzia zbrodni, którymi wierni tego obrządku mordowali "łacinników", swoich braci w Chrystusie i słowiaństwie, jeszcze na progu Trzeciego Tysiąclecia. Bez tego gestu, symbolicznego przecież, o żadnym szczerym, nie zaś "odgórnym" i deklaratywnym, polsko-ukraińskim pojednaniu mowy być nie może!

Prof.dr hab. Edward Prus ("Na Rubieży", nr 51/2003)

Źródło :



 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz