sobota, 30 maja 2020

Z nieba do Nieba

 Oficyna Aurora informuje o wydaniu w formie e-book książki wraz z filmem

 

OD WYDAWCY
W dniu 32 urodzin Janiny Lewandowskiej bolszewicki bandyta strzelił jej beznamiętnie w potylicę. Dłonie ściągnięte na plecach pętlą drutu bronić się nie mogły. Możliwe również, że i jej usta podobnie, jak innym współwięźniom, także zapchano trocinami…


 Porucznik pilot Janina Lewandowska, córka generała Józefa Dowbor - Muśnickiego, dowódcy zwycięskiego Powstania Wielkopolskiego

Oprawcy bali się nie tylko czynnej obrony mordowanych, bali się także ich krzyku i słów pogardy. A może najbardziej głośno odmawianej modlitwy? Przed spojrzeniem zabijanych uciekali stając za ich plecami i strzelając im po prostu w tył głowy. Dwaj kompani pomagali trzymając ofiarę między sobą.




Ciało kobiety osunęło się do dołu wykopanego w katyńskim lesie i legło pośród setek innych, by w naiwnej wierze rozkazodawców mordu pozostać na zawsze pod zwałami piachu. Jednak już po trzech latach zwłoki pomordowanych, w tym również te jedyne kobiece, wydarto tej nieludzkiej ziemi, by wszem i wobec dawać mogły świadectwo sowieckich zbrodni.

Wydobyli je Niemcy w roku 1943. Na miejscu, pośród przedstawicieli innych narodowości, których Niemcy przywieźli na miejsce zbrodni w charakterze świadków, był obecny Józef Mackiewicz. Na udział w tym przedsięwzięciu otrzymał zgodę polskich władz podziemnych. Po powrocie, 3 czerwca 1943 roku, w Gońcu Codziennym, piśmie zależnym od okupanta, ukazał się z nim wywiad zatytułowany "Widziałem na własne oczy", w którym przedstawił wrażenia z miejsca mordu polskich oficerów. Za ten wywiad Polska Partia Robotnicza[1] wydała na Józefa Mackiewicza wyrok śmierci. Na szczęście nigdy nie został on wykonany. Wiele niestety zrobiono, by zamilczeć w Polsce jego dzieła, których młodsze pokolenie praktycznie nie zna. A nie zna właśnie z powodu ciągłego ukrywania prawdy o Katyniu.

To książka Mackiewicza, „The Katyń Wood Murders”, wydana w roku 1951, była pierwszą pozycją o Katyniu w języku angielskim. Sam autor został zresztą powołany przez komisję Kongresu USA do zbadania zbrodni katyńskiej, jako świadek i ekspert.



To z relacji Mackiewicza wiemy, że jeszcze w roku 1941, na pytania generałów Sikorskiego i Andersa o losy polskich oficerów, Stalin odpowiadał: „Ja już wydałem wszystkie rozkazy, by ich zwolnić. (...) Nie wiem, gdzie są. Na co mnie ich trzymać? Może byli w obozach na terenach, które zajęli Niemcy, i rozbiegli się”. Cytat ten pochodzi z książki Józefa Mackiewicza „Katyń – zbrodnia bez sądu i kary”, która w roku 1997 ukazała się nakładem wydawnictwa „ANTYK”. Zgody na jej wydanie udzieliła córka pisarza, Halina Mackiewicz. Wydanie to sfinansowała Polska Fundacja Katyńska, a wpływy ze sprzedaży książki przeznaczone zostały na budowę polskich cmentarzy wojskowych w Katyniu, Miednoje i Charkowie.

Warto w tym miejscu dodać, że po śmierci pisarza, który zmarł w 1985 roku w Monachium, prawa autorskie do jego książek na podstawie testamentu uzyskała żona Barbara Toporska, która przekazała je jego dotychczasowemu wydawcy, Ninie Karsov-Szechter[2]. Ta z kolei, nie zezwala na wydania krajowe tłumacząc to "wolą zmarłego" i wytacza procesy każdemu, kto bez jej zgody zamierza publikować fragmenty jego dzieł.

Z pewnością czyni to dla dobra oświaty polskiej i szerzenia prawdy historycznej wśród polskiej młodzieży. Z tego też powodu, sąd nakazał wycofanie cytowanej wyżej książki z księgarń. Oczywiście Szechter opublikowała w swoim londyńskim wydawnictwie „Kontra” dwadzieścia tomów „Dzieł” Józefa Mackiewicza, które są dostępne w niektórych księgarniach w Polsce, a także w polskich księgarniach internetowych. Jednak, jak podaje Wikipedia: „Pomiędzy testamentem Mackiewicza dla Barbary Toporskiej i testamentem Barbary Toporskiej dla Niny Karsov istniał jeszcze jeden testament Józefa Mackiewicza. Podała go do wiadomości publicznej Barbara Toporska po śmierci Józefa Mackiewicza w marcu 1985 roku. Jego zawartość nigdy nie została unieważniona przez żaden dokument, a zwłaszcza przez Barbarę Toporską, która go ogłosiła w swoim „Oświadczeniu z marca 1985 roku”:

‘Zgodnie z wolą zmarłego Józefa Mackiewicza upoważnia się wszelkie nielegalne wydawnictwa w PRL, do przedrukowywania jego książek, pod zasadniczym warunkiem niedokonywania żadnych skrótów, adiustacji, ani też opatrywania ich wstępami, komentarzami itp. (…) Prawa do drugoobiegowych wydań krajowych przekazał listownie swojej córce Halinie’.”[1]

Sprawa ta jest przedmiotem ciągle trwającego sporu między wydawcą, a córką pisarza.

Ciało Janiny Lewandowskiej leżało w katyńskim dole pośród zwłok polskich kapelanów. Jednak szczątki kobiety, która zagrażała ojczyźnie proletariatu tak bardzo, iż musiano ją zgładzić, stanowiły również problem i dla tego zbrodniarza, który je odkopał. Oprych niemiecki, zadowolony z możliwości wykazania światu, iż sowiecki zbir jest odeń gorszy, nie bardzo wiedział, jak wyjaśnić obecność w mogile ciała kobiecego. Nie pasowało ono w tym miejscu do wersji o pomordowanych polskich oficerach. W ten sposób morderca z zachodu stał się współwinnym zbrodni mordercy ze wschodu, pomagając w zatajeniu wiedzy o tej śmierci. Nie po raz pierwszy zresztą, ani ostatni w historii naszego nieszczęśliwego kraju, obaj współpracowali w jego wyniszczaniu.

Kierujący ekshumacją niemiecki antropolog profesor Gerhard Buhtz, zawłaszczył sobie tak oryginalne znalezisko, jak kobieca czaszka i wraz z sześcioma innymi, męskimi, wywiózł z Katynia. Początkowo do laboratorium mieszczącego się w, ponurym dziś dla nas Polaków samą nazwą, Smoleńsku. Oddzielone od głowy ciało Janiny pozostało w dołach katyńskiego lasu na wieki. Paradoksalnie jednak, właśnie to nieludzkie postępowanie niemieckiego naukowca pomogło po latach odkryć prawdę o losach polskiej pilotki. Buhtz, szef ówczesnego Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu zdążył tam właśnie zawieźć katyńskie czaszki. Niedługo później zginął ponoć na froncie, jednak czaszki odnalazł późniejszy kierownik Zakładu Medycyny Sądowej tamtejszej Akademii Medycznej, profesor Bolesław Popielski. Przez wiele lat, mając świadomość wagi znaleziska, ukrywał je przed NKWD, a później UB, które to „instytucje” skrupulatnie przeszukiwały Wrocław w nadziei odnalezienia jakichkolwiek dowodów zbrodni katyńskiej przewiezionych tam przez Niemców. Powiernikiem tajemnicy został następnie profesor doktor Bolesław Jagielski, który dochował jej do swych ostatnich dni. Niemal na łożu śmierci przekazał sekret czaszek oficerów swym zastępcom prosząc, by „w odpowiednio sprzyjającej atmosferze politycznej w Polsce ujawnili je polskiemu narodowi i by naukowo udowodnili ich pochodzenie”.

Z tego powodu, 27 kwietnia 2003 roku, wypełniając testament profesora, doktorzy Tadeusz Dobosz i Jerzy Kawecki, korzystając z pomocy redaktora Jacka Antczaka, opublikowali w Tygodniku Powszechnym artykuł „Powrót siedmiu oficerów”. Badania prowadzone przez kolejne trzy lata, przy współudziale naukowców z Zakładu Antropologii Uniwersytetu Wrocławskiego i Zakładu Technik Molekularnych Wrocławskiej Akademii Nauk dowiodły, iż czaszki te należą do polskich oficerów zamordowanych w roku 1940 w Katyniu. Badania czaszki kobiecej, z powodu braku możliwości wykorzystania materiału genetycznego, prowadzone z konieczności metodą superprojekcji i techniki komputerowej wykazały, że jest to czaszka Janiny Lewandowskiej. Dzięki tym wszystkim pracom naukowym, patriotyzmowi i zaangażowaniu wielu osób, 4 listopada 2005 roku, szczątki Janiny Lewandowskiej spocząć mogły nareszcie w grobie rodzinnym w Lusowie. Pięknie i szczegółowo opisuje całą tę historię Józef Grajek w biografii zatytułowanej „Porucznik pilot Janina Lewandowska”.

Mnie, opowieść o losach Janiny Lewandowskiej dokonana kamerą przez reżysera Zbigniewa Kowalewskiego, zapadła tak głęboko w serce, że uznałem jej rozpowszechnianie w niniejszej formie, za swój obowiązek. Losy polskiej pilotki znałem dotąd dość pobieżnie. Wiedziałem, że pośród polskich oficerów zamordowanych w Katyniu była kobieta. Wiedziałem też, że krótko przed II Wojną Światową wykonała skok spadochronowy z pięciu tysięcy metrów, co w tamtych czasach było wyczynem na skalę światową. Ukończyła też cztery kursy szybowcowe, szkolenie na samolotach, co pozwoliło przyjąć ją do Wyższej Szkoły Pilotażu na Ławicy, następnie kurs radiotelegrafii wojskowej we Lwowie i obserwatorów lotniczych w dęblińskiej Szkole Orląt. Wiedziałem wreszcie, jako Wielkopolanin z urodzenia, że była córką szanowanego przeze mnie generała Józefa Dowbor-Muśnickiego, słynnego Naczelnego Dowódcy Powstania Wielkopolskiego, jednego z nielicznych zwycięskich powstań w dziejach Polski. Sam generał, wielka i w moim odczuciu tragiczna postać polskiej historii, zapisał się na jej kartach złotymi zgłoskami po wsze czasy, a poza tym, jako jeden z nielicznych, już wówczas nie bał się mówić prawdy o utrudniającym mu karierę Piłsudskim. Dziś jest to nadal niemal zbrodnia. W owych czasach było to, przywołując klasyka, więcej niż zbrodnia. To był błąd.

A tymczasem, carski przecież do niedawna generał Armii Imperium Rosyjskiego, wybitnie i wbrew oczekiwaniom marszałka, dowodził Polakami dopiero co w armii pruskiej będącymi, na chwałę polskiego przecież oręża. Serce rośnie zresztą, gdy patrzymy na to polskie wojsko. Piękne są w filmie zdjęcia przywołujące pamięć słynnego 15 Pułku Ułanów Poznańskich. Codzienne czynności żołnierzy, ćwiczenia kawalerzystów przeplatają się z zatrzymanymi w kadrze momentami ich chwały. Widać zdobyte trofea jeździeckie na międzynarodowych zawodach hippicznych. W gabinecie dowódcy pułku rozwieszone są na ścianach dyplomy i fotografie koni oraz najlepszych jeźdźców. Jest wśród nich sylwetka późniejszego dowódcy pułku, generała Władysława Andersa. O generale Dowbor-Muśnickim i jego żołnierzach pisze zresztą arcyciekawie, w jednej ze swych najnowszych książek, Henryk Pająk. Warto po nią sięgnąć i zapoznać się z tą piękną postacią polskiej historii.

Kiedy, na skutek polityki personalnej Józefa Piłsudskiego, generał rozstał się z mundurem, osiadł nad jeziorem lusowskim, w majątku Batorowo, które dziś nosi nazwę Lusowo. W jednej ze scen, która nie zmieściła się w filmie, pada przepiękne wyjaśnienie legendarnej nazwy majątku czynione przez generała:

- To na cześć naszego zwycięskiego króla, Stefana Batorego. Przed nami mieszkał tu Prusak, teraz musimy z tego dworu uczynić ostoję polskości i patriotyzmu.

I udało mu się. Widać to dziś po ruinach pałacu, przez nikogo nie restaurowanych, ani choćby chronionych przed dewastacją. Nie otoczonych opieką, która w normalnym, przyzwoicie zarządzanym państwie winna być tego państwa przywilejem i obowiązkiem. Niestety, im bardziej rody patriotów naszych były dla sprawy polskiej zasłużone, tym mniej o pamięć dla  nich „dba” niepodległe ponoć „państwo polskie”. Oj, musi niektórych batorowska polskość po dzień dzisiejszy boleć. Na szczęście są ciągle tacy, którzy tę pamięć kultywują, jak Towarzystwo Pamięci Generała Józefa Dowbora Muśnickiego w Lusowie, tamtejsza Szkoła Podstawowa, lusowska Parafia, Towarzystwo Pamięci Powstania Wielkopolskiego, stowarzyszenia katyńskie i władze lokalne.

Generał miał czworo dzieci. W swym testamencie mówił im „Moje dzieci winny pamiętać, że są Polakami, że pochodzą ze starej rodziny szlacheckiej o pięciowiekowej nieskazitelnej przeszłości i że ojciec ich dołożył wszelkich swych możliwości dla wskrzeszenia Polski w jej byłej chwale i potędze. Ma zatem prawo żądać od swego potomstwa, by nazwiska naszego niczym nie splamiło”.

Tak się, wbrew naturalnym oczekiwaniom ojca złożyło, że to córki krwią swoją testament ten uświęciły. Synowie nie podołali wyzwaniu. Dziewczęta, choć różnica wieku między nimi wynosiła jedenaście lat, odeszły na wieczną wartę w odstępie zaledwie dwóch miesięcy. Jedna zabita strzałem bandyty sowieckiego nad katyńskim dołem, druga rozstrzelana przez bandytę niemieckiego na palmirskiej polanie śmierci. Tak Historia doświadczała najlepszych synów swoich, doszczętnie wybijając im potomstwo. Innym zaś trzymać kazała  warty przed grobową kryptą.

Poza zachwytem nad filmem samym w sobie, przyznać się tu muszę i do pewnej słabości, dla której opowieść tę także upowszechniać pragnę. Otóż, jako autor kilku pozycji dotyczących tragedii amerykańskiej 2001 roku, wszędzie odnajduję jej ślady. We wzmiankowanej wcześniej biografii autor pisze:

„Pamiętny dzień 11 września 2001 roku w Ameryce stał się nieuniknioną konsekwencją nie ukaranej katyńskiej zbrodni popełnionej na Polakach, wiosną 1940 roku. Możni tego świata nie ukarali sowieckich zbrodniarzy; nawet zapanowała przerażająca cisza milczenia. I skutkiem tego są wojny i rozpowszechnia się terror”.

To odległa paralela, jednakże przenikliwie celna.

W jednej ze swoich książek namawiałem Czytelników do obejrzenia pierwszego fabularnego filmu o 11 września 2001 roku, The Reflecting Pool, wyreżyserowanego zresztą przez Polaka pracującego wówczas w Hollywood – Jarka Kupścia. Jarek w jednej ze scen ukazuje pomnik katyński stojący w New Jersey. To piękny, artystyczny, ale i czysto ludzki gest, odwołanie do tragicznej historii ojczystego kraju. Widać na nim żołnierza ze skrępowanymi na plecach rękoma, przebitego od tyłu bagnetem. Autorem monumentu jest Andrzej Pityński.

I tu niespodziewane skojarzenie. Artysta ten jest przecież autorem innego pomnika katyńskiego, stojącego od roku 2000 w Baltimore, w stanie Maryland. Nosi on nazwę Narodowego Pomnika Katyńskiego, zaś autor nazwał go „Płomień Wolności”. Jest to  najwyższy z katyńskich pomników i jedna z wyższych rzeźb z brązu w USA. Ma formę pochodni, ogromnych płomieni, u dołu których wyłaniają się postaci dwóch oficerów i kobiety. Pytany niegdyś o to, kim jest owa niewiasta, autor monumentu odpowiedział - „to lotniczka Janina Lewandowska”. Dlatego tym akcentem opowieść tę otwieramy. I tym właśnie akcentem opowieść tę wieńczymy.

Niniejszą pozycją pragnę zapoczątkować cykl opowieści o polskich pilotach i konstruktorach lotniczych, rozsianych po całym świecie, w większości już nieżyjących, zapomnianych lub zamilczanych. Seria będzie nosiła tytuł „Polskie Skrzydła” i w każdej książce znajdzie się profesjonalnie wyprodukowany przez Studio Filmowe „Kronika” film dokumentalny zawierający unikalne, najczęściej archiwalne już zdjęcia świadczące, wbrew kłamstwom zaprzańców i wrogów naszego Narodu, o chwale i wielkości polskiego lotnictwa. Tak nam dopomóż Bóg!


       Autor - Sławomir M. Kozak



1. Polska Partia Robotnicza (PPR) – „polska” partia polityczna, utworzona oficjalnie 5 stycznia 1942 w Warszawie (!?). Każdy wyraz w tej nazwie był wierutnym kłamstwem.

2. Założycielka wydawnictwo „Kontra”, którego siedziba znajduje się w Londynie. Jej zmarły mąż Szymon Szechter był stryjem Adama Michnika.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.